Adblock, czyli jak napsuć krwi właścicielom serwisów

maxresdefaultCoraz więcej użytkowników poznaje moc wtyczek do blokowania reklam na stronach internetowych. Liderem wśród nich jest Adblock Plus, produkt duńskiego programisty Henrika Aasted Sřrensena, który został w 2006. roku wskrzeszony przez dewelopera Wladimira Palanta.

Założeniem programu było umożliwienie internautom blokowania niechcianych reklam oraz innych elementów stron internetowych w celu mniejszego zużycia transferu danych a także zwiększenia komfortu w trakcie surfowania po sieci. Wtyczka na licencji Open Source została pobrana już ponad 400 milionów razy i doczekała się mobilnej przeglądarki Adblock Browser.
Doceniana przez użytkowników aplikacja trafiła pod celownik firm marketingowych i właścicieli serwisów, którzy byli niezadowoleni z ograniczonego przychodu wskutek braku wyświetleń reklam. Z początku właściciele witryn blokowali niektóre treści dla osób korzystających z rozszerzenia, jednak z czasem powzięli bardziej radykalne decyzje. Wiosną zeszłego roku doszło do dwóch spraw sądowych, które złożyli wydawcy dzienników „Die Zeit” i „Handelsblatt”. Pierwsza sprawa dotyczyła złamania prawa przez ograniczenie konkurencji i ograniczenie możliwości dostarczania darmowych materiałów w zamian za oglądanie reklam, druga zaś dotyczyła tzw. „białej listy”, na którą można się dostać przy spełnieniu kryteriów, które zakazywały stosowania „inwazyjnych reklam”, przeszkadzających w konsumpcji treści i przeglądania stron internetowych. Obie rozprawy wygrał jednak Adblock. W pierwszej z nich sąd orzekł, że tak jak w przypadku urządzenia FernsehFee, pozwalającego na blokowanie reklam w telewizji, użytkownik ma prawo kontroli tego, co ogląda w internecie a także ma prawo do ochrony swojej prywatności przed agencjami marketingowymi. W przypadku drugiej ustawy argumenty były już mocniejsze, ponieważ twierdzono, że by dostać się na białą listę należało uiścić opłatę właścicielowi Adblocka – firmie Eyeo, tak jak to zrobiło Google czy Microsoft. Eyeo nie zaprzeczyło tym oskarżeniom, jednak zapewniło, że dziewięć na dziesięć wyjątków jest dodawanych na listę całkowicie za darmo. Poza tym koncerny nie płaciły za odblokowanie reklam a za poradę, jak je zmienić, by spełniały kryteria.
To zapewne nie koniec prób pogrążenia tej wtyczki. Dostawcy reklam nie chcą dłużej tolerować istnienia takich rozszerzeń, które znacznie ograniczają ich zyski. Prawdopodobnie doczekamy się kolejnych rozpraw sądowych z coraz celniejszymi argumentami, na które firma Eyeo nie będzie umiała odpowiedzieć. Aktualnie to Adblock jest pod największym ostrzałem z powodu ogromnej popularności. Warto jednak wspomnieć też o podobnych rozszerzeniach, jak chociażby uBlock, który też nie będzie mieć łatwo.
Miejmy jednak cichą nadzieję, że nadal nic nie przeszkodzi istnieniu takich projektów, który zmusza korporacje do tworzenia mniej inwazyjnych reklam i ograniczania ich ilości, co skutkuje lżejszymi stronami, mniejszym poborem transferu i większą wygodą w trakcie przeglądania.

Podziel się

Dodaj komentarz